Ojcem i matką pomysłu wyjazdu na Teneryfę, w celu wykorzystania tygodniowego urlopu do fotografowania nocnego nieba był Paweł (PTL), który organizację całego wyjazdu od początku do końca wziął na siebie i za co chciałem mu serdecznie podziękować, tym bardziej, że organizacja wyjazdu nie była sprawą prostą

Biorąc pod uwagę wybór jego optymalnego terminu, aby nie trafić na pełnię Księżyca, konieczność nawiązania lub odświeżenia lokalnych kontaktów z tubylcami, załatwienie biletów lotniczych i ubezpieczenia, w tym wykupienie sporego nadbagażu oraz transportu z i na lotnisko.

Jednak, mając w perspektywie mile spędzony czas w dobrym towarzystwie, po usilnych namowach Pawła, podjęcie decyzji o udziale w Ekspedycji Kanaryjskiej Nr 1 zajęło mi jedynie kilka tygodni.

You may try Google translate if you need to access the content available in Polish language only.

Czas mijał i termin wylotu zbliżał się nieubłaganie, więc należało przygotować sprzęt, który zamierzałem zabrać ze sobą na wyjazd. Opatrzność jednak nade mną czuwała i już na 2 dni przed planowanym wylotem na Teneryfę udało mi się przeprowadzić testy wyjazdowego zestawu astrofotograficznego. Tak oto prezentował się mój zestaw i muszę przyznać, że pokładałem w nim pewne nadzieje:


Testy wykazały, że sprzęt powinien spisać się OK i jeśli tylko pogoda pozwoli powinno udać się wrócić z wyprawy na Teneryfę z tarczą a nie na tarczy, jak to często zdarza się, jeśli wyruszamy w teren z nie do końca sprawdzonym zestawem do astrofotografii. Na zdjęcie testowe bez wahania wybrałem mgławicę “Ameryka Północna” (NGC7000) w gwiazdozbiorze Łabędzia a rezultatem testów było to zdjęcie.

Jak to zwykle bywa w przypadku wyjazdów astrofotograficznych, za pakowanie sprzętu oraz rzeczy osobistych zabrałem się dopiero na klika godzin przed wyruszeniem w drogę. W ostatniej chwili zdecydowałem się zamiast zestawu plażowych klapek na nogi zabrać również cieplejsze obuwie sportowe oraz kurtkę puchową, która znakomicie sprawdza się jako ochrona teleskopu przed możliwymi uszkodzeniami w transporcie (zawijam w nią teleskop i wkładam do walizki). Jak się później okazało była to chyba jedna z najlepszych decyzji jakie podjąłem w moim przydługim już lekko życiu (nie będę ukrywał, że została pomysł zabrania cieplejszych rzeczy został mi „zasuflowany” przez Pawła), ale o tym w dalszej części sprawozdania z wyjazdu. Nikt przecież o zdrowych zmysłach, jadąc na początku czerwca na Wyspy Kanaryjskie nie myśli o zabraniu bardzo ciepłej odzieży, w tym zimowej czapki, grubych skarpet, kurtki puchowej, etc.

Kierownik wyprawy załatwił wylot z pod berlińskiego lotniska Schonefeld.

Musieliśmy przemieścić się z Warszawy (lub jak w przypadki jednego z członków wyprawy z Krakowa) na lotnisko. Paweł kolejny raz potwierdził pokładane w nim nadzieje i bezpiecznie dowiózł warszawskich członków wyprawy na lotnisko, a uczestnik wyprawy z Krakowa dowiózł się tam osobiście.

Pora teraz na przedstawienie całej ekipy “Ekspedycji Kanaryjskiej Nr 1” wraz z bagażem (150kg) na lotnisku przed wylotem na Teneryfę (od lewej: Paweł, Ania, Dominik):


Inne zdjęcie członków wyprawy, już na miejscu na Teneryfie i do tego w dopisujących humorach (od lewej: Michał, Dominik, Paweł).

Można powiedzieć, że cztero i pół godzinny lot na Teneryfę upłynął jak rwąca górska rzeka, dlatego nie rozumiem, dlaczego niektórzy członkowie ekspedycji po wylądowaniu stwierdzili – nareszcie wylądowaliśmy.

Po wylądowaniu na Teneryfie i odebraniu bagażu cała ekipa oczekiwała na spotkanie ze znajomym Pawła, który mieszka właśnie na tej wyspie (Paweł znajomych ma chyba dosłownie wszędzie). Carlos, bo tak mu na imię, przywitał nas już na lotnisku.

Jeszcze nie wyszliśmy z terminala lotniska, gdy przez jego okna zobaczyliśmy na zewnątrz budynku, ciemne i kłębiaste chmury na niebie, które nie napawały nas optymizmem, co do możliwości realizacji naszych planów związanych z astrofotografią. Carlos, jak wtedy przypuszczałem jedynie podtrzymując nas na duchu, powiedział, aby się tymi chmurkami nie przejmować i że niebo będzie bezchmurne tam gdzie pojedziemy, czyli nad naszym hotelem. Muszę przyznać, że w tym momencie nie dawałem mu wiary.

Nasz nowy kanaryjski znajomy pomógł ekipie nie tylko wydostać się z lotniska, ale również asystował nam w rozmowach z tubylcami posługując się ich ojczystym językiem, przy wypożyczaniu samochodu a także pokazywał nam drogę, prowadząc własny samochód do miejsca docelowego naszej wyprawy, jakim był uroczy hotel w kalderze wygasłego wulkanu znajdujący się na wysokości 2.200 metrów n.p.m – Hotel Parador. Faktycznie już po kilkunastu minutach wspinania się autem w górę, w drodze do hotelu chmury zostawiliśmy pod nami. Carlos urósł w naszych oczach (od lewej: Paweł i Carlos, na drugim planie białe chmurki pod nami).


Muszę przyznać, że widok chmur z góry jest rzeczą, która bardzo mi się spodobała.

W miarę jak wspinaliśmy się coraz wyżej, krajobraz stawał się coraz mniej ciekawy i monotonny. Pierwsza myśl, jaka przychodziła mi do głowy to: “Kamienie, kamienie, kamienie i gruz”. Niektórzy uczestnicy ekspedycji zaobserwowali jeszcze piach i żwir. Cóż to krajobraz powulkaniczny, przecież właśnie 100 lat temu była tutaj duża erupcja wulkanu.


Na tle tego “księżycowego krajobrazu” jeszcze raz uwieczniliśmy całą naszą ekipę. Nastroje były jak najbardziej bojowe, co pokazuje Michał, bo Paweł wykonał typowy gest nazywany “pozdrowieniami z Księżyca” natomiast ja próbowałem zasłaniać jak najmniej tego “zapierającego dech” w piersiach widoku … kamieni i gruzu. (od lewej: Ania, Michał, Dominik i Paweł).

Ciekawostką są oryginalne w kształcie rośliny, które obecnie odradzają się w kalderze wulkanu Teide po wprowadzonym zakazie wypasu kóz na obszarze tego parku narodowego. Jak monotonny i “księżycowy” jest krajobraz kaldery przedstawiają kolejne zdjęcia.

Tak jak mówiłem, wszędzie kamienie, kamienie, kamienie i gruz z lekką domieszką piasku i żwiru. Jednym słowem – „NUDA”. Pomiędzy tymi kamieniami można od czasu do czasu zobaczyć małe jaszczurki i podobno również dzikie króliki. Ale przecież turyści nie zawracający sobie głowy astrofotografią preferują bardziej wybrzeże wyspy niż jej interior. Dla nas najważniejsze są jednak obserwacje astronomiczne i … chmurki pozostające poniżej. A gdy nie ma chmurek to widać jak na dłoni, że do morza jest jednak trochę daleko lub inaczej interpretując ten fakt – całkiem wysoko się wdrapaliśmy.

Hotel Parador znajduje się w kalderze wygasłego wulkanu w Parku Narodowym “Canadas del Teide”, w odległości około 42 km od lotniska i 70 km od stolicy prowincji Santa Cruz de Tenerife.

Przejazd z lotniska do hotelu (z przystankami w celu podziwiania widoków i zrobienia zdjęć) zajął nam około godziny. Jak można zobaczyć na zdjęciach hotel ulokowany jest prawie na całkowitym pustkowiu. Główną zaletą jego lokalizacji jest położenie na wysokości około 2.200 metrów n.p.m., w związku z czym w obserwacjach astronomicznych nie przeszkadzają chmury, których pułap w okolicy Wysp Kanaryjskich sięga wysokości około 1.300-1.500 metrów n.p.m.

Korzystając z poniższych linków można znaleźć więcej informacji o hotelu i jego lokalizacji:

Poniżej kilka zdjęć położenia hotelu zrobionych w trakcie wjazdu kolejką linową na wulkan Teide o wysokości 3.700 m n.p.m. (Proszę zwrócić uwagę na środek kadru na pierwszym zdjęciu. Kilka innych zdjęć z wizyty na wulkanie zamieszczam w dalszej części opisu z tej wyprawy):

Jak widać hotel ulokowany jest na całkowitym pustkowiu. A tak oto wygląda hotel z bliska od strony północno-wschodniej, a z hotelowej restauracji widać było rozstawione montaże paralaktyczne gotowe (po powieszeniu na nich teleskopów) do rozpoczęcia nocnej sesji astrofotograficznej.

Warto wspomnieć o warunkach panujących w kalderze Teide. Ze względu na położenie hotelu, prawie na szerokości geograficznej Zwrotnika Raka w dzień temperatura sięgała 30°C, a znaczna już wysokość nad poziomem morza powodowała, że operacja słoneczna tworzyła znakomite warunki dla opalania się przy basenie dla chcących szybko przyciemnić troszkę kolor skóry lub przy okazji napić się zimnego piwa na zewnątrz baru.

Jednak nocą, ze względu na szybkie wypromieniowywanie ciepła przy bezchmurnym niebie oraz znaczną wysokość nad poziomem morza, temperatura spadała do zaledwie kilku °C.

Na tyłach hotelu rozstawiliśmy montaże do astrofotografii, które zostawialiśmy tam również na dzień. Po zainstalowaniu na montażach teleskopów z kamerami CCD, mogliśmy w stosunkowo krótkim czasie (bez ustawiania montaży “na Polarną”) przystępować do sesji astrofotograficznych, co też czyniliśmy codziennie po kolacji.

Tak oto prezentował się gotowy w zasadzie do pracy sprzęt. Cztery montaże Takahashi, dwa teleskopy Takahashi Sky 90 i jeden Pentax 100 SDUF II. Stoliki i krzesełka wypożyczone zostały z hotelowego patio na zewnątrz restauracji. Michał wziął też niewielki teleskop z systemem naprowadzania na obiekty (GoTo), który wykorzystaliśmy pewnej nocy do szybkiego przeglądu najciekawszych obiektów nocnego nieba.

Jako ciekawostkę można przedstawić sposób poradzenia sobie przez uczestników ekspedycji z rozwiązaniem kwestii przeciwwag do montaży astrofotograficznych, równoważących ciężar teleskopów wraz z wyposażeniem do CCD. Ze względu na ograniczone możliwości w zakresie wagi bagażu, w przypadku podróży samolotem, musieliśmy zostawić ciężkie przeciwwagi w Polsce i zorganizować coś alternatywnego. Zastosowane przez nas rozwiązania przedstawiłem na zdjęciach.

Zbliżał się zmrok – Paweł dokonuje już jedynie drobnych korekt w ustawieniach oprogramowania w celu uruchomienia jednej z sesji astrofotograficznych. W oczekiwaniu na zachód Słońca można było podziwiać ciekawe kolory wulkanicznych wzniesień.

Zmrok na szerokości geograficznej wyspy (27 st. N) zapadał naprawdę szybko a w drugiej połowie nocy robiło się naprawdę chłodno. Minimalna temperatura, jaką zanotowaliśmy pewnej z nocy to 1 (słownie: jeden) °C. Kurtki puchowe i ciepłe czapki spakowane w ostatniej chwili przed wyjazdem z Polski jak najbardziej się przydawały. Mimo wszystko, następnym razem na taką wyprawę wezmę jednak jeszcze cieplejsze ubrania. Kto by uwierzył, że zdjęcie przedstawia obserwacje astronomiczne na Teneryfie w czerwcu?

Jako pewnego rodzaju anegdotę można przytoczyć przygodę Michała, który w puchowej kurtce i ciepłej czapce udał się wieczorem do hotelowej recepcji w celu pożyczenia zapalniczki do uruchomienia katalitycznego ogrzewacza do rąk (taka niewielka puszeczka przypominająca papierośnicę, do której wkłada się kawałek tlącego się grafitu). Otóż Michał pojawił się w recepcji, poprosił o pożyczenie “ognia” i zapytał czy może sobie w hotelu zapalić. Lekko zmieszany pracownik, widząc w ręku Michała podłużny kawałek czegoś tam (to była właśnie laska grafitu, ale pracownik miał prawo przypuszczać, że to może być coś innego, na przykład jakiś skręt), biorąc pod uwagę oryginalny jak na lato strój Michała, po którym mógł pewnie pomyśleć, że koleś już jest pewnie nieźle “napalony”, przestraszonym głosem powiedział, że lepiej, aby nie palił teraz w hotelu, ponieważ goście hotelowi jeszcze nie poszli spać a przy nich lepiej byłoby gdyby nie. Z tego wydarzenia śmialiśmy się przez najbliższe kilka dni później a nawet teraz jego wspomnienie wywołuje u mnie niewymuszony głęboki uśmiech. A oto Michał prezentujący jak wyglądał skręt, tj. laska grafitu do ogrzewacza rąk.

Niska wilgotność w kalderze wulkanu powodowała, że nie mieliśmy żadnych problemów z kondensacją pary wodnej na optyce teleskopów. Grzałki do ochrony optyki przed “roszeniem” nie były w ogóle wykorzystywane. Warto także wspomnieć o dość słabym seeingu (rozmycie obrazów gwiazd przez drgania i turbulencje atmosfery ziemskiej), jaki zaobserwowaliśmy w kalderze. Z moich ocen wynikało, że seeing był bliski 4-6 sekund łuku. Można przypuszczać, że w miejscach wyspy położonych bliżej oceanu warunki seeingowe powinny być znacznie lepsze ze względu na bardziej laminarny przepływ warstw powietrza nad dużymi zbiornikami wodnymi. Tak się wyjątkowo jakoś składało, że w dzień również warunki do obserwacji były znakomite.

Jednak męska część wyprawy, po nocnych “walkach”, nie była nadmiernie zainteresowana obserwacjami Słońca przez filtr H-alpha, nie mówiąc już o obserwacjach czegokolwiek innego…

Pech chciał, że przez cały nasz pobyt na wyspie, wszystkie dni i noce były bezchmurne. Chodziły plotki, że Paweł widział na niebie jakąś malutką chmurkę, ale fakt ten nie został potwierdzony przez innych uczestników naszej ekspedycji kanaryjskiej. Dzięki wprost wymarzonej pogodzie do astrofotografii, po kilku nieprzespanych nocach spędzonych pod rozgwieżdżonym niebem oraz jedynie paru godzinach snu w dzień mieliśmy prawo być troszeczkę zmęczeni. Koleżanka Ania wielokrotnie proponowała nam różne niewątpliwie bardzo ciekawe wycieczki krajoznawcze, ale zazwyczaj jej propozycje były kwitowane stwierdzeniem: “Eeee…. nie, nie chce mi się, to nie jest dobry pomysł, może jutro …”. Ostatecznie Ani udało się namówić Kierownika Wyprawy na ruszenie się z hotelu.

Na wpół jeszcze śpiący, wsiedliśmy do samochodu z zamiarem zwiedzenia słynnego obserwatorium astronomicznego na Teneryfie (tylko taka wycieczka mogła wyrwać męską część ekipy do ruszenia się z hotelu). Michał próbował telefonicznie załatwić nam możliwość zwiedzenia obserwatorium wewnątrz, jednak okazało się, że taka opcja istnieje, ale wyłącznie dla wycieczek szkolnych. Niestety było nas tylko 4 osoby i do tego w wieku już nie wskazującym na niedawne kontakty ze szkołą. Postanowiliśmy jednak nie dać za wygraną i pojechać do odległego o kilkanaście kilometrów obserwatorium – może się zlitują i nas wpuszczą. Wyruszyliśmy w drogę.

Niestety – tak jak przypuszczaliśmy nie zostaliśmy wpuszczeni na teren obserwatorium. Zostaliśmy zmuszeni do podziwiania kompleksu obiektów obserwatorium z zewnątrz. W każdym razie możemy powiedzieć, że tam byliśmy. Następnym razem zorganizujemy jakąś wycieczkę szkolną. Tak więc pożegnaliśmy się z “klamką” lub lepiej się wyrażając ze “szlabanem” kompleksu obserwatorium i wyruszyliśmy w drogę powrotną do hotelu. Jeszcze tylko zrobienie panoramy okolicy obserwatorium i w drogę.

W drodze powrotnej padła propozycja udania się kolejką linową na wulkan Teide. Początkowo ekipa podeszła do tego pomysłu dość sceptycznie.

Padły propozycje odłożenia wizyty na Teide na następny dzień, jednak na zasadzie “miejmy to już za sobą” postanowiliśmy wjechać na wulkan tego samego dnia. Przecież następnego dnia będzie trochę więcej czasu, aby się ewentualnie przespać…

Niestety nie można było wejść na sam stożek Teide. Musieliśmy zadowolić się widokami z poziomu o 200 metrów niższego.

Na wulkanie, ze względu na znaczną już wysokość, było trochę chłodniej. Niektórzy postanowili się troszeczkę ogrzać przy cieplutkich kominach wyziewów jakichś trujących gazów. Na koniec wizyty na Teide zdjęcia panoramiczne widoku z wulkanu i wracamy do hotelu na kolację.

Znudzeni astrofotografią (przynajmniej niektórzy) daliśmy się ostatni już raz namówić na kolejną wyprawę w teren. Parę dni wcześniej byliśmy na “górze” (wulkan) Teide, więc tym razem padło na “dół” czyli wizytę nad oceanem.

W drodze do miejscowości Playa de San Juan podziwialiśmy znane widoki kamieni i gruzu jednak w miarę zmniejszania wysokości nad poziomem morza roślinność stawała się coraz bardziej urozmaicona. Aby zorientować się gdzie jesteśmy zatrzymaliśmy się przy takim oto drogowskazie.

Gdzie jesteśmy?

Piasek na plaży miał bardzo ciemny kolor. Nie dało się przejść po nim bez obuwia, gdyż bardzo mocno nagrzewał się on od słońca (dużo bardziej niż jasny, żółty piasek, jaki spotykamy na innych plażach, w tym nad Bałtykiem, który przecież również może być bardzo gorący).

Musze przyznać, że fajnie byłoby mieszkać na stałe w takich okolicznościach przyrody. Cóż, może na emeryturze.

Każdy urlop kiedyś się kończy. Przyszła pora, aby wyruszyć w drogę powrotną.

Zmęczenie po powrocie z urlopu wypoczynkowego na Teneryfie sięgnęło u mnie zenitu. Następnego dnia po powrocie do pracy, zamiast udać się z wizytą u klienta do Katowic, pomyliłem pociągi i wsiadłem w ten do Krakowa, o czym zorientowałem się mniej więcej w połowie podróży, przy kontroli biletów przez konduktora. Cóż takie bywa życie, ale chyba warto było, o czym mam nadzieję świadczą zdjęcia nocnego nieba, które zrobiłem na Teneryfie.

Powrót do domu

Z wyjazdu na Teneryfę wróciłem z materiałem na kilka zdjęć obiektów niewidocznych lub słabo widocznych w naszych szerokościach geograficznych (tzw. obiekty nieba południowego). Po kilku tygodniach od powrotu udało mi obrobić materiał i uzyskać gotowe zdjęcia.

Zmęczenie po powrocie z urlopu wypoczynkowego na Teneryfie sięgnęło u mnie zenitu. Następnego dnia po powrocie do pracy, zamiast udać się z wizytą u klienta do Katowic, pomyliłem pociągi i wsiadłem w ten do Krakowa, o czym zorientowałem się mniej więcej w połowie podróży, przy kontroli biletów przez konduktora. Cóż takie bywa życie, ale chyba warto było, o czym mam nadzieję świadczą zdjęcia nocnego nieba, które zrobiłem na Teneryfie.

Chciałbym podziękować Ani, Michałowi i Pawłowi również za udostępnienie przez nich zdjęć z wyprawy, które wykorzystałem w tym sprawozdaniu.